Newsy

Plus: Gratisowe weekendy z Plusem

Zasilając swoje konto w sieci Plus na kartę (Simplus, 36i6, Sami Swoi) kwotą z przedziału 20 – 99 zł, Plus Mix kwotą 20 zł a otrzymacie dodatkowo 20% wartości zasilenia. Z Promocji można korzystać w weekendy, tj. od godziny 00.00 w soboty do 23.59 w niedziele.

Bonus można wykorzystać na rozmowy lub SMSy do wszystkich sieci. Bonus nie przedłuża okresu ważności dla usług wychodzących.

Promocja trwa od 02.03.2013r. do odwołania.

Sprawdź szczegóły promocji w Regulaminie źródło: Plus

Kan

6 komentarzy do “Plus: Gratisowe weekendy z Plusem”

  1. Doładowałem córce za 50 zł i nie dostała tych dodatkowych 20% dodzwonić się do obsługi aby złożyć zażalenie bez szans !!! 30 minut w kolejce na polączenie z konsultantem. Kpina!

    Odpowiedz
  2. Bonus dotyczy doładowań dokonanych za pomocą wymienionych w regulaminie stron internetowych. Czyli nie dostaną bonusu osoby, które użyją do doładowania kart zdrapek lub kuponów wydrukowanych z terminali sklepowych. Operator zapewne liczy na to, że wielu abonentów przegapi ten punkt regulaminu.

    Odpowiedz
  3. http://blogi.bossa.pl/2013/03/03/znaczenie-rzetelnego-mierzenia-wynikow/

    Znaczenie rzetelnego mierzenia wyników

    Autor: Trystero | Tagi: dziennik transakcyjny, samooszukiwanie się, wyniki inwestycyjne | 2013.03.03

    W anglojęzycznej blogosferze popularne jest wyprowadzanie inwestycyjnych i biznesowych wskazówek z bestselerowych książek i filmów. Henry Blodget napisał na przykład o biznesowych lekcjach, które amerykańska gospodarka może wyciągnąć z Casablanki. Okazuje się także, że skarbnicą wiedzy w dziedzinie zarządzania jest Harry Potter.

    Do zwrócenia uwagi na istotny dla inwestorów problem rzetelnej oceny rezultatów zainspirowały mnie dwa fragmenty książki D-Day. Bitwa o Normandię, której autorem jest Antony Beevor. Opisując działania pod Falaise, Beevor napisał: „Tylko 18 sierpnia amerykańska 9. Flota Powietrzna przypisała sobie zniszczenie 400 pojazdów nieprzyjaciela, natomiast RAF twierdził, że jego piloci zniszczyli (w całej bitwie – T.) 1159 pojazdów, uszkodzili 1700, a oprócz tego zniszczyli 124 czołgi, a kolejnych 100 uszkodzili. Liczby te były niedorzecznie wysokie. Marszałek Coningham po raz kolejny wpadł we wściekłość, kiedy otrzymał raport operacyjny. Znaleziono zaledwie 33 wozy pancerne zniszczone wskutek ataku z powietrza. W podsumowaniu raportu napisano, że przypadkowa natura ataków alianckich samolotów uniemożliwiła spowodowanie znaczących zniszczeń.”

    Podobna sytuacja miała miejsce w czasie niemieckiego kontrataku pod Mortain w sierpniu 1944 roku. Piloci Typhoonów przypisali sobie zniszczenie 89 czołgów i prawdopodobne zniszczenie kolejnych 56 pojazdów gąsienicowych. Raport Sekcji Badań Operacyjnych stwierdził, że tylko 9 z 78 zniszczonych wozów pancernych wroga mogło zostań unieruchomionych w wyniku nalotu.

    To, że piloci nadmiernie optymistycznie szacowali skalę spowodowanych przez siebie zniszczeń nie stanowi dla mnie zaskoczenia. Po pierwsze, podstawowym zadaniem pilotów było prowadzenie bombardowań a nie szacowanie ich skutków. Po drugie, w takich okolicznościach ludzie, wskutek optymistycznego skrzywienia i nadmiernej pewności siebie, mają naturalną skłonność do zawyżania raczej, niż zaniżania, swoich osiągnięć.

    Tym co mnie zaskakuje jest wielkość rozbieżności pomiędzy szacowanymi przez pilotów zniszczeniami a realnymi zniszczeniami. Wygląda na to, że piloci zawyżali rozmiary zniszczeń o kilkaset, a nawet kilka tysięcy procent.

    Warto podkreślić, że opisany wyżej problem miał ważne znaczenie militarne. Rozwijane w czasie II wojny światowej badania operacyjne miały zwiększyć efektywność działań wojennych poprzez identyfikowanie strategii zmniejszających straty własnych armii i zwiększających straty wroga. Takich badań nie można było przeprowadzić przy braku rzetelnych danych o korzyściach, w tym przypadku – stratach wroga.

    Nie inaczej jest w sektorze inwestycyjnym. Bez dokładnej znajomości wyników inwestycyjnych bardzo trudne jest podjęcie działań zwiększających efektywność strategii inwestycyjnych. Kluczem do ustalenia tego co można poprawić w procesie inwestycyjnym jest szczegółowa znajomość wyników inwestycyjnych.

    Zastanawiam się jaki odsetek inwestorów zna swoje wyniki inwestycyjne za ostatni rok, 3 lata czy 5 lat, na przykład w formie przeciętnych rocznych stóp zwrotu? Jaki odsetek inwestorów jest w stanie zestawić swoje wyniki inwestycyjne z jakimś sensownym benchmarkiem?

    Na ten problem zwrócili uwagę w ostatnim czasie Jason Zweig i Barry Ritholtz. A artykule Nie jesteś tak dobrym inwestorem za jakiego się masz Zweig cytuje Elizabeth Loftus, psycholog z Uniwersytetu Kalifornijskiego, która stwierdza, że ludzie są podatni na spontaniczne zaburzenia pamięci, które sprawiają, że mają o sobie lepsze zdanie. Badania pokazały na przykład, że ludzie pamiętają, że regularnie uczestniczyli w wyborach krajowych (w USA odbywają się co dwa lata – T.) nawet wtedy gdy nie głosowali w okresie ostatnich sześciu lat oraz że 71% studentów, którzy otrzymywali oceny D (w skali A, B, C, D i F – T.) w liceum wspomina uzyskiwanie wyższych ocen.

    Najprostszym rozwiązaniem tego problemu jest skoroszyt z wynikami inwestycyjnymi. Prowadzę takie zestawienie w tygodniowym, miesięcznym i rocznym horyzoncie czasowym. Odnotowuję wyniki benchmarku (po linii najmniejszego oporu – WIG). Prowadzę też zestawienie wyników inwestycyjnych dla odmiennych rynków (na przykład osobno dla rynku akcyjnego, osobno dla rynku FW i osobno dla rynku Forex).

    Znacznie lepszym rozwiązaniem jest prowadzenie także szczegółowego dziennika transakcyjnego. Dzięki niemu możliwe jest wyodrębnienie konkretnych strategii i działań, które generują w portfelu zyski i straty. Zwrócił na to uwagę Steve Clark, który stwierdził, że inwestorzy powinni koncentrować się na robieniu tego co przynosi im zyski i unikać robienia tego co przynosi im straty. By skorzystać ze wskazówki Clarka niezbędne jest prowadzenie zestawienia wszystkich transakcji, usystematyzowania ich według logicznego klucza oraz prowadzenia zestawienia zysków i strat (P&L) by określić jakiego rodzaju transakcje przynoszą zyski a jakiego rodzaju transakcje przynoszą straty.

    O samooszukujących się inwestorach pisał także Barry Ritholtz w artykule W jakich sprawach inwestorzy samookłamują się? Punktem wyjścia do rozważań Ritholtza był dobrze wszystkim znany rodzaj inwestycyjnych geniuszy, którzy zawsze kupują w dołku, sprzedają na górce i generalnie czas spędzony na inwestowaniu upływa im na zarabianiu na głupocie leszczy.

    Ritholtz trafnie zauważył, że zdecydowana większość inwestorów oszukuje się w jakiejś kwestii a wspomniany proces samookłamywania rzadko przybiera groteskowe rozmiary. Myślę, że taką dziedziną może być na przykład problem tego w jakim stopniu wyniki inwestycyjne są wynikiem losowości (szczęścia) a w jakim stopniu są wynikiem umiejętności (przewagi nad rynkiem).

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.